Dom nad Mątawą

Wyobraźnia jest jak wehikuł czasu. Umożliwia podróż do miejsc nieistniejących, których śladu nie ma nawet na rodzinnych fotografiach. Ich obrazy leżą gdzieś głęboko, nad dnie studni pamięci, wystarczy przechylić się nad jej cembrowiną, by je zobaczyć. Trzeba to wszakże robić ostrożnie, bo nieopatrznie strącona myśl, jak kamień, mogłaby go zmącić. Są bowiem ulotne, jak odbicie słońca na tafli wody.

Tak nietrwały jest też obraz domu moich dziadków ze strony ojca, Franciszka i Anny. Podhalańskich górali, którzy trafili na te ziemie w zawierusze dziejów. Przysiółek nazywał się Kompania, dwa kilometry od Bzowa, w obecnej gminie Warlubie, w województwie kujawsko-pomorskim. Było to kilka chałup na krzyż  zbudowanych w stylu tzw. pruskiego muru. Pamiętających jeszcze „Olendrów” mennonickich osadników z Holandii osadzonych na tych podmokłych, ale żyznych ziemiach w drugiej połowie XVI wieku. Zapewne ze względu na ich talent do osuszania bagien i łąk.

Chałupa dziadków stała na brzegu Mątawy, niewielkiego dopływu Wisły, w której latem – jako dzieci –  kąpaliśmy albo – pod kamieniami – szukaliśmy raków.  Po zbiorach topiło się w niej wielkie, dębowe beczki ogórków, by się lepiej kisiły. Odwiedziłem to miejsce, dwadzieścia lat temu. Z domu pozostał jedynie ceglany komin, resztki pieca i sterta przegniłych desek spomiędzy, których wyrastały pokrzywy.

Tata i ja

Nie mam nawet zdjęć więc muszę odwołać się do pamięci i wyobraźni i wraz z czytelnikami odbyć tę sentymentalną podróż w czasie. Dziadków odwiedzaliśmy głównie latem, kiedy można było się umyć na dworze w bali, bo w domu dziadków nie było bieżącej wody. Trzeba ją było nosić na koromysłach z oddalonej od 20 metrów studni. Ojciec i mama pomagali przy pracach polowych, a ja wraz z wiejskimi chłopakami ganiałem po okolicy i często, godzinami taplałem się w płytkiej rzeczce. No, czasami zwłaszcza w porze żniw, pomagałem przy wiązaniu snopków. Choć, uczciwie trzeba przyznać, że więcej było w tym zabawy, jak konkretnej pomocy.

Jako dziecku dom dziadków wydawał się ogromny. Posadowiony na wysokiej, kamiennej podmurówce. Z dwoma oknami od frontu i od tyłu oraz dwoma bocznymi. Każde z nich w drewnianej, niebieskiej framudze. Dach pokrywała strzecha,  w większej części, poszarzała ze starości, od deszczów, śniegu i słońca. Tylko miejsca ostatnich napraw jaśniały świeżą słomą, jakby stale, przez sito, oświetlało go słońce. Do drzwi umiejscowionych wysoko, nad podmurówką, wchodziło się po kamiennych schodach ocienionych drewnianym gankiem. Trzeba było uważać przy wchodzeniu, bo wiele płaskich kamieni było już obluzowanych i można było nabić sobie guza spadając.

Zaraz za masywnymi drzwiami rozciągała się długa sień o ceglanej podłodze. Wiele czerwonych cegieł, zwłaszcza przy drzwiach wejściowych i przy progach izb wyżłobiło się przez lata. Nikt nie naprawiał tych ubytków. Tkwiły w podłodze jak ślady przedpotopowych dinozaurów i były zmorą babci podczas zamiatania i zmywania. Z sieni, zaraz za drzwiami wchodziło się do kuchni. Babcia nazywała ją po góralsku „czarną izbą”. W niej toczyło się całe życie domowników.

Honorowe miejsce, na wprost drzwi zajmował olbrzymi chlebowy piec, na którym można było też gotować, ale i spać. Nad nim, z powały, zwisały pęki ziół zebranych w Matki Boskiej Zielnej i ogromne połcie wędzonego boczku i słoniny, z których babcia odkrawała grube plastry do jajecznicy albo „na omastę” do gotowanych ziemniaków z zsiadłym mlekiem od krowy Mućki. Pod oknem stał dębowy stół, a wokół niego, zydle z tego samego drewna. Zrobił je pewnie jakiś domorosły stolarz, bo na nogach widać jeszcze było nieregularne ślady hebla. Blat stołu, pociemniały od nieustannego przecierania mokrą ścierką, był pokryty bliznami od noża. I co mnie najbardziej zdumiewało wtedy, to najwięcej ich było na krawędziach jakby ktoś to właśnie miejsce upodobał sobie do sprawdzania ostrości noża.

W kuchni pachniało wędzonką, dymem, w czasie pieczenia chleba, świeżym chlebem, którego babcia nie pozwała mi jeść twierdząc, że rozboli mnie od tego brzuch. Kiedy nie widziała lub na chwilę wyszła z kuchni, ogromnym nożem odkrawałem sobie z wielkiego bochna grubą pajdę i zjadałem ją ze śmietaną posypaną cukrem albo świeżym masłem wyrabianym przez babcię.

Naprzeciwko „czarnej izby” była „biała izba” czyli sypialnia. A w niej królowało ogromne, drewniane, małżeńskie łoże. Na nim, niczym warstwy w weselnym torcie, piętrzyły się puchowa kołdra i poduszki. Tę na samej górze przykrywała, niczym warstwa kolorowego lukru, haftowana w kwiaty chusta babcina, którą zakładała na niedzielną mszę i inne, specjalne okazje. W jednym z rogów dominowała wielka, trzydrzwiowa gdańska szafa, w której przechowywaną odświętną odzież dziadków. Pachniała lawendą i naftaliną. Zresztą ten zapach unosił się w całym pokoju. Jedynie w letnie dni, kiedy otwierało się okna, pokój wypełniała woń maciejki rosnącej na zewnątrz oraz kwiecia lipy.  Była ona szczególnie silna zaraz po deszczu. Lepka, zmysłowa słodka.

Przy domu rosła wielka, rozłożysta lipa do której, w czasie kwitnienia, zlatywały się roje pszczół. Siedząc pod nią można było mieć wrażenie, że się siedzi wewnątrz ogromnej, pszczelej katedry, w której właśnie trawa uroczysta msza. Zapach jej kwiatów był tak silny, że nawet przy niewielkim wiaterku czuć go było po drugiej stronie podwórka.

Jednak największą atrakcją dla mnie był duży sad, położony między dwoma wiejskimi drogami. Tą do domu dziadków i drugą, którą można było dojechać do reszty domów w przysiółku. Rosły w nim stare, rozłożyste jabłonie kilku odmian. Były tam papierówki, antonówki oraz moje ulubione, koksy pomarańczowe. Rosło też kilkanaście śliw rodzących słodkie jak miód uleny i barwiące brodę na czerwono, węgierki. Do dziś pamiętam ich smak. Do szarlotki z cynamonem pieczonej przez babcię najlepiej nadawały się antonówki. Niektóre z jabłek były wielkości głowy małego dziecka i ważyły kilogram, a niekiedy więcej. By jednak dostać się do drzew trzeba było się przedrzeć przez pokrzywy i trawę wysokie prawie do pasa taty. Dziadek rzadko je kosił. Bo jak powiadał – jak je skosi to zaraz zlecą się łobuzy ze wsi.

W ogrodzie można było doskonale bawić się w chowanego, ale była to zabawa wyłącznie dla odważnych, niebojących się oparzeń pokrzyw oraz żądeł pszczół i os, których w sadzie zawsze było pełno. Zlatywały się głównie do spadłych owoców, których całe kobierce leżały pod drzewami, zwłaszcza po burzy lub silnym wietrze. Nie raz wracałem z wypraw do ogrodu z sińcami, zadrapaniami powstałymi przy wspinaniu się na drzewa lub śladami po użądleniach. Na te drugie były liście krwawnika, albo babki lancetowatej. Na użądlenia zaś, babcia stosowała surowe mięso, które przykładała od opuchniętych miejsc.

Wieczorami, z okien domu dziadków można było zobaczyć światła grudziądzkich fortów wojskowych. Były jak latarnie dla zbłąkanych wędrowców. Żółte, małe świetliki w ciemnej toni mroku.

Tego domu w rzeczywistości tam już nie ma, ale jest ciągłe w mojej pamięci i wyobraźni. Niekiedy się zmienia, bo i pamięć zawodzi, ale to nieistotne. Tak długo jak tam jest, tak długo trwa.

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Zabezpieczenie *