Moja mała ojczyzna

Memu miastu

fot. Marian Tyczka

Wyrzysk, gdzie spędziłem pierwsze, osiemnaście lat życia. To kilkutysięczne miasteczko położone w historycznej Krajnie, pomiędzy Nakłem nad Notecią, a Piłą. W obecnym województwie wielkopolskim. Z góry przypomina ptaka siedzącego w gnieździe, w dolinie otoczonej morenowymi wzgórzami. Jego głowa to rynek ze strzelistą, czerwoną wieżą kościoła pod wezwaniem świętego Marcina, gdzie byłem ochrzczony. Od rynku, w dwóch kierunkach odchodzą ulice, które przemierzałem  tysiące razy.

Może moje odbicie z tamtych lat jeszcze gdzieś pozostało na szybach dawnej księgarni, przez które wpatrywałem się, czekając na wydawnicze nowości. Księgarni już nie ma, a sam rynek jest także już inny. Nie słychać już rżenia koni zaprzęgniętych do wozów, którymi okoliczni rolnicy z Polanowa, Glesna, Osieka nad Notecią, Białośliwia przywozili na wtorkowe i piątkowe targi: świeże warzywa, owoce, kury, kaczki. A w sezonie, bialuśkie szparagi z nadnoteckiej doliny. Najlepiej smakowały „z wody”,  ze złocistobrązową posypką tartej bułki.

Nie ma też „spędów” zwierząt hodowlanych na placyku przy remizie strażackiej obok stawu, które tak mnie kiedyś  intrygowały, że  po szkole, spędzałem na nim sporo czasu ku zmartwieniu rodziców i babci Marysi. Godzinami mogłem oglądać różowe pyszczki prosiaków wychylające się z jutowych worków. Rozbrykane, narowiste, młode ogiery z trudem trzymane przez właścicieli na rzemiennych postronkach. Krowy wypucowane na tę okoliczność do połysku, leniwie przeżuwające siano podrzucane przez gospodarzy. Wpatrywały się we mnie żałośnie swoimi ogromnymi oczyma jakby chciały powiedzieć, że nie chcą być sprzedane. Wielkie maciory z trudem utrzymujące swoje kilkaset kilogramów na swoich krótkich nogach. Całe ten zwierzyniec muczał, chrumkał, pohukiwał czekając na kupców. Jego właściciele głośno go zachwali a kiedy transakcja doszła do skutku „przybijali” sprzedaż spracowanymi dłońmi, by potem, gdzieś z boku, opić ją „okowitą” pędzoną domowym sposobem.

fot. Marian Tyczka

Te obrazy i zapach są we mnie jeszcze. To one mnie uformowały, podobnie jak czas płynący leniwie jak przepływająca przez Wyrzysk rzeka Łobżonka. Meandrujący. Ona, pośród łąk, dolin i lasów, które schodziłem po tyściąckroć. Czas mego dzieciństwa i dorastania, jak jej nurt, uderzał  raz po raz w wyspy: radości, gniewu, strachu, złości, rozczarowań, budzącej się do życia seksualności. Wtedy wszystkie emocje były przeżywane tak silnie i dziś kojarzą mi się z miejscami, w których po raz pierwszy ich doznałem.

Strach, z wieczorną wędrówką przez park na „niemieckiej górze”, którym chodziłem po mleko do gospodarstwa państwa Michalskich. W wyobraźni, podszytej lękiem, widywałem zjawy. Słyszałem kroki kogoś idącego za mną. A to było tylko odgłos łamiących się gałązek pod ciężarem moich własnych stóp. Radość, z kąpielą w rzece w letnie dni na „Kuicha łące”  i smakiem świeżego chleba z masłem i ogórkiem kiszonym pochłanianymi łapczywie po wielogodzinnym, moczeniu się w wodzie. Pierwsze zauroczenia w koleżankach ze szkolnej ławy i pierwsze zawody miłosne opłakiwane na ławce, w parku przy niegdysiejszym kinie.

fot. Marian Tyczka

Czas przynosił także twarze, które nie tylko coś mówiły, ale i uczyły. Na początku nieliczne: rodziców, babci. Potem sąsiadów, koleżanek i kolegów z przedszkola i szkoły. Pierwsze, rozmazane kontury w miarę upływu miesięcy i lat nabierały wyrazistości. Raz były przyjazne, niekiedy gniewne, ale zawsze swojskie. Jak przerażona twarz sąsiadki, która odprowadziła mnie do domu, po tym jak przewijając się na ulicznych barierkach walnąłem w betonowy krawężnik boleśnie rozcinając sobie łuk brwiowy. Uspakajającym ruchem pogłaskała mnie po głowie. Otarła łzy i na pocieszenie włożyła mi do ubrudzonej dłoni kakaowego „irysa”. Cukierka nazywanego potocznie „mordoklejką”, bo oblepiał zęby słodką, lepką mleczną masą utrudniającą mówienie. Kolejną była, stężała z bólu, twarz starszej pani, którą zraniłem, niechcący, w głowę twardą grudą ziemi bawiąc się na działce w wojnę. Nie zauważyłem jej, kiedy wychodziła z parowu. Wtedy odebrałem pierwszą lekcję odpowiedzialności za swoje czyny. Rodzice kazali mi pójść do jej domu i przeprosić. Stojąc na progu mieszkania, trzęsąc portkami wybąkałem cicho to magiczne słowo.

Były też twarze radosne, wręcz figlarne jak twarz Marysia, kolegi z podstawówki, kiedy otwierał pierwszą w naszym życiu butelkę wina. Wypiliśmy je „z gwinta” na spacerze bodajże na Uniwajadach. Było słodkie i pachniało tajemnicą oraz wyimaginowaną dorosłością.

Pielęgnuję w sobie te obrazy, te twarze, te zapachy. Z upływem czasu może nieco wyblakły, wywietrzały, ale nadal są gdzieś głęboko we mnie ukryte. Kształtują mnie nadal, nie tak silnie jak kiedyś, ale wciąż czuję ich oddziaływanie. Przywracam je do życia, bo to istotna cząstka mnie. Pomimo, że od ponad 40 lat już nie mieszkam w Wyrzysku. Nie mógłbym nigdy wyrzec się mojej, małej ojczyzny.

2 komentarze

  1. Z zapartym tchem czytam Pana wspomnienia,przemyślenia i opowiadania ze swojego życia….są mi bardzo bliskie,tym bardziej,że było lub jest mi dane znać kilku z Pana bohaterów ….
    Bardzo ciekawa lektura w te długie zimowe wieczory.
    Życzę zdrowia ,radości i wielu wspaniałych artykułów.

  2. Muszę przyznać Antoni , że masz rękę do pisania. Twój tekst po prostu się połyka. I to bez maślenia. Ciekawe czy to samo przyszło, czy wyuczone, czy masz to od urodzenia. Ja mieszkam w “tych okolicach” już prawie od 40 lat. Najpierw Dąbki potem Osiek na końcu Wyrzysk. W przeciwieństwie do Ciebie nie urodziłem się tutaj (Nakło) ale powiem Ci, że wiele się zmieniło w mentalności i zachowaniu mieszkańców. Ale takie czasy i to temat na inną pewnie dłuższą dyskusję. Pozdrawiam i zapraszam. E.Gaitkowski

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Zabezpieczenie *