NIEOCZEKIWANA ZMIANA MIEJSC

W DZIENNIKARSTWIE MOŻNA OSIĄGNĄĆ WIELE POD WARUNKIEM, ŻE SIĘ Z NIEGO W ODPOWIEDNIM MOMENCIE ZREZYGNUJE

Wielokrotnie, kiedy jeszcze pełniłem tę funkcję, pytano mnie jak to się stało, że zostałem rzecznikiem prasowym prezydenta  Aleksandra Kwaśniewskiego ? – „Ty były jezuita, dziennikarz Radia Wolna Europa, poszedłeś pracować dla komunisty” – mówili z nieukrywanym zdziwieniem. Czasami komentowali to dosadniej używając nieparlamentarnych epitetów. I  w sumie zasadnie, bo niewątpliwie był to zwrot o 180 stopni w moim życiu. Odpowiadałem wtedy albo wymijająco, że to jeszcze nie pora na odpowiedzi na to pytanie, albo nie komentowałem w ogóle dodając, że zrobię to na emeryturze. To wtedy, na ogół, pisze się memuary. I słowa muszę dotrzymać, bo od kilku tygodni jestem już emerytem.

Aby jednak pokazać pełny kontekst mojej decyzji, muszę się cofnąć do kampanii prezydenckiej w 1995 roku. Byłem wówczas dyrektorem-redaktorem naczelnym Informacyjnej Agencji Radiowej i często mnie zapraszano do udziału w telewizyjnych debatach wyborczych kandydatów. Sam zresztą jedną zorganizowałem w Polskim Radiu, ale bez udziału dwóch najważniejszych pretendentów: Lecha Wałęsy i Aleksandra Kwaśniewskiego. Do jednej z takich debat w Telewizji Polsat, nieżyjąca już Janina Paradowska zaprosiła ich obu. Wałęsa jednak, co było do przewidzenia – nie przyszedł.

W jej trakcie zapytałem Kwaśniewskiego, jakimi ludźmi się otoczy w kancelarii, jeśli wygra wybory. Odpowiedział, że zaprosi do współpracy także ludzi z dawnej opozycji solidarnościowej. Było to zresztą zgodne z jego hasłem wyborczym – „Prezydent wszystkich Polaków”. I faktycznie, już po zaprzysiężeniu w ich gronie znaleźli się m.in. Barbara Labuda i Jerzy Milewski. Oboje zapisali piękne karty w historii PRL-owskiej opozycji.

Już po programie, w kuluarach Kwaśniewski podszedł do mnie i spytał – czy zostałbym jego rzecznikiem prasowym? Odrzekłem, że mógłbym to rozważyć, ale najpierw trzeba wygrać wybory. Nie byłem zdziwiony, bo od dłuższego czasu byliśmy po imieniu i już raz otrzymałem od niego taką propozycję, ale na rzecznika prasowego premiera Waldemara Pawlaka. Jednak wtedy nic z tego nie wyszło, a rzeczniczką została Ewa Wachowicz, była Miss Polski.

Od naszej rozmowy, w studiu Polsatu, nie mieliśmy, do jego zaprzysiężenia na urząd prezydenta, żadnych prywatnych kontaktów. Spotkaliśmy się tylko raz, już na końcówce kampanii, służbowo, gdy przeprowadzałem z nim wywiad dla Polskiego Radia. Potem zapomniałem o tym zdarzeniu, aż w połowie lutego 1996 roku, wieczorem, zadzwonił w domu telefon. Dzwoniła sekretarka prezydenta. Zapytała, czy przyjechałbym zaraz do pałacu prezydenckiego na rozmowę. Nie podała żadnych szczegółów, a ja sam, nie dopytywałem. Zgodziłem się, ale z zastrzeżeniem, że nie mam czym z Ursynowa dojechać, bo nie miałem wówczas samochodu.

„Ależ to nie jest żaden problem, samochód po pana przyjedzie” – stwierdziła. Faktycznie, po mniej więcej godzinie, zobaczyłem pod naszym budynkiem granatową „Lancię”. Wsiadłem do niej i pojechaliśmy na Krakowskie Przedmieście. W pałacu czekał już na mnie Marek Siwiec, który zaprowadził mnie do pokoju obok gabinetu prezydenta, w którym zamieniliśmy zresztą kilka słów. Nie minął kwadrans, a sekretarka poprosiła mnie abyśmy obaj weszli.

Prezydent przywitał nas skinieniem głowy, bo rozmawiał z kimś przez telefon. Nie wiedziałem jak się z nim przywitać. Po imieniu? Aleksandrze? Olku? Tak jak do tej pory. Wybrałem oficjalną formę – Panie Prezydencie. I tak już zostało do końca mojej pracy w kancelarii. Kiedy Prezydent skończył już telefoniczną rozmowę, poprosił abyśmy usiedli przy stole na wprost jego biurka. Na blacie stało kilka niedopitych szklanek z jakimś żółtym trunkiem. Może whisky. Pomyślałem, że trwa jeszcze oblewanie zwycięstwa. Dopiero po kilku miesiącach zrozumiałem, że to nie wyjątek, a norma. Zaproponował coś do picia. Wybrałem kawę.

Bez owijania w bawełnę, ponowił swoją propozycję sprzed dwóch miesięcy. Nieco zaskoczony, choć mogłem się jej spodziewać, spytałem, ile mam czasu na zastanowienie. „Dwadzieścia cztery godziny” – odpowiedział. Spytał jeszcze, czy mam jakieś warunki gdybym się zgodził? Odparłem, że nie mam żadnych. Zdziwiło mnie to pytanie, ale potem mi wyjaśniono, ze mój poprzednik na to stanowisko, znany dziennikarz polskiej sekcji BBC, zażądał pozwolenia na broń i rewolweru. Być może to był powód, że nie zaakceptowano jego kandydatury.

Po powrocie do domu odbyłem długą dyskusję z żoną, czy przyjąć propozycję, czy ją odrzucić. Omawialiśmy wszystkie argumenty za i przeciw. Na koniec powiedziała, żebym robił to, co uważam za słuszne. Potem jeszcze zadzwoniłem do śp. Lecha Falandysza na jego prywatny numer z tym samym pytaniem. Nie pamiętam dokładnie jej przebiegu, ale jedno jego zdanie utkwiło mi w pamięci. – „Masz swoje pięć minut i szansę na to, że zostawisz jakiś ślad w historii, skorzystaj z tego”.

Po tej rozmowie byłem już zdecydowany propozycję Prezydenta przyjąć. Następnego dnia poszedłem do gabinetu Krzysztofa Michalskiego, ówczesnego prezesa Polskiego Radia, by poinformować go o tym. Ustaliśmy, że rozstanę się z radiem, za porozumieniem stron. Taką prośbę napisałem zaraz po przyjściu do swego  redakcyjnego pokoju. Potem zadzwoniłem do pałacu z informacją, że się zgadzam. I to było początek mojej pracy „po drugiej stronie”. Nowe wyzwanie, którego po trosze oczekiwałem, a jednocześnie się bałem.

Już wcześniej bowiem doszedłem do wniosku, że w dziennikarstwie już niewiele osiągnę, a jeśli to będą to zmiany ilościowe, nie jakościowe. Bałem się, bo praca rzecznika prasowego była swoistą „terra incognita”. Niewiele o niej wiedziałem i nie miałem przygotowania teoretycznego, które dzisiejsi kandydaci do tego zawodu łatwo mogą zdobyć na rozmaitych uczelniach.

Miałem też świadomość, że wiele koleżanek i kolegów dziennikarzy nie zrozumie mojej decyzji. Potem się okazało, że moje obawy były zasadne. Dla jednych, po tej wolcie, zostałem zdrajcą. Dla innych, karierowiczem. Była jednak grupa i to całkiem spora, która mi gratulowała. Jeden z podwładnych w IAR, kiedy się o tym dowiedział, skwitował mój krok jednym zdaniem – „masz jaja, ja bym tego nie zrobił”. I był to dla mnie najlepszy komplement, jaki do tej pory, pracując jako dziennikarz, usłyszałem.

Ciąg dalszy nastąpi.

 

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zabezpieczenie *